Samstag, 2. Januar 2016

Nomada reportarz liryczny

Dzień 1.: Pożegnanie ze Szwecją

Historia zaczyna sie 1. stycznia o 6 rano. Siedzę w pociagu regionalnym na stacji Uppsala C. Na przeciwko mnie Biała Lisiczka, piękna młoda dziweczyna o uroczym uśmiechu z lekkim jasnym wąsikiem pod nosem. Na nogach ma wełniane skarpety, które sama sobie zrobiła na drutach, a pod wargą tytoń już od kilku godzin. Patrzy na mnie zmęczonym obłędnym wzrokiem.

-Chcesz wódki?
-Nie, dziękuję. Zatrzymaj proszę tą resztkę i napij się z mamą za moje zdrowie któregoś zimnego dnia albo wieczora.
Po chwili Lisiczka zasypia, a ja jestem w pełni świadoma drogi, która jest przede mną. Nie mogę teraz spać, Sztokholm na mnie czeka. 40 minut w pociagu i wysiadam na Stockholm Central Station. Idę po tunelach, które już znam na pamięć mijając młodych ludzi, co jeszcze dogorywają po intensywnych nocach sylwestrowych. Dziś po raz pierwszy nie wyglądają wszyscy tak samo. Ach, Sztokholmczycy...
Skarmabrink i mieszkanie Goryla. Zmieniam sylwestrową sukienkę na ciepły sweter, całuję w czoło Goryla, dziękuję za 5-dniową gościnę w jego mieszkaniu i błogosławię mu. Czas w drogę. Oczekując na transfer na lotnisko piszę list pożegnalny do Sztokholmu.
Myślę, że już się nie zobaczymy. Ja raczej nie będę tęsknić.

Drogi Sztokholmie!
Nie zdążyłam pożegnać się z Tobą o poranku, musiałam spieszyć się na autobus, żeby być na czas na lotnisku. Sam wiesz jak ściśle określony jest czas na Twoich stacjach, przystankach i lotniskach. Nikt się nie spóźnia, bo wszystkim zależy żeby inni się nie spóźnili. Dobrzy ludzie.
I Ty jesteś dobrym miastem, już Ci wiele razy powtarzałam, kiedy otwierałeś przede mną kolejne swoje wielkie grodzkie wrota i chciałeś za wszelką cenę zachwycić mnie swoją nowoczesną przestrzenną szklaną architekturą. Ach, właściwie byłam pod wrażeniem. Dajesz przestrzeń swoim dobrym mieszkańcom, dajesz jasność i przejrzystość, nie ma u Ciebie tłoku.
Tylko jedno muszę Ci wyznać bo mnie o to serce zabolało. Obcokrajowcom nie jest z Tobą łatwo. Starają się naprawdę, chcą bardzo, ale to jest dla nich walka. Zrozum Sztokholmie, nigdzie nie ma tak mało słońca, nigdzie takie zimno co ludziom otwiera serce tylko na szparkę, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Wtedy tylko futryna klekocze i obija ramy serca. To nic przyjemnego Sztokholmie, mróz ściska więzy więzi i więzadła, także w sercu. Ja nie wiem, może pootwieraj kościoły i teatry, zaproś do nich wszystkich którym zimno. Zaproś też wolontariuszy, uwierz mi znajdą się, ja nawet paru znam, mogę Ci podsunąć kontakt. Nic więcej nie przychodzi mi do głowy, no chyba że studenci. Ci to są zabawni! Jeden z drugim o wojnie nie ma pojęcia i wiesza NRDowskie flagi na ścianach mieszkania, albo śpiewa hymny do chwalebnego komunizmu. Ej stary, młodzież to masz udaną. Za mało im jeszcze równości, chcą Ci króla obalić, bo to nie jest ich król, nie oni go wybrali. Jak się ktoś może urodzić królem? Nie ma króla, nie ma Boga i nie ma jednej prawdy: wierzymy w postęp ludzkiej myśli! No uważaj Sztokholm, bo oni mają skłonności rewolucyjne. Może być, że Ci system obalą. Ej z tym obalonym systemem to ja byłabym w stanie się zgodzić. Niesamowite jak Twoim mieszkańcom obojętny, a zarazem po myśli jest zawał systemu! Czy Ty wiesz, że ja po Twoich szynach w tą i spowrotem ciągle tylko na gapę jeździłam? Ale najlepsze i tak było w Sylwestra i Nowy Rok jak absolutnie za darmo pojechałam do Uppsala w tą i spowrotem oraz po mieście, bo wszędzie system nawalił. Kontrolerzy i kierowcy natomiast puścili mnie z uśmiechem (wewnętrznym) na twarzy i życzyli szczęśliwego nowego roku.
I ja Tobie życzę moje drogie miasto wszystkiego dobrego na nowy rok. Sobie i nam wszystkim zaś życzę, żeby system w końcu pierdolnął. Niech go ludzie z otwarymi na ościerz sercami poślą w niepamięć.
Wszystko się ułoży Sztokholm.
Gott nytt ar!
Jolanta





Dzień 2.: Dom polski
Ląduję przed czasem w Gdańsku. Dzik nie przyjeżdża na czas. Dzwonię do niego.
-Szczęśliwego nowego roku. Wylądowałam i czekam.
-A gdzie tobie się tak spieszy w tym nowym roku?
-Nigdzie, tylko do domu.
Ludzie są tacy kaszubscy tutaj, do cna. Kobiety w różnokolorowych płaszczach, ogromne ciepłe berety na głowach. Mężczyźni w długich kurtach zakrywających tyłek i spodniach na kant, a na głowach kaszkiety i czapki zawsze z daszkiem. Kaszubska elegancja.
Dzik wjeżdża na parking i ja od razu wsiadam do auta.
-Tato jaka piękna podróż. Jestem ci taka wdzięczna, że mnie wsparłeś i że mogłam tam polecieć, że dodałeś mi odwagi.
Opowiadam mu najkrótsze możliwe streszczenie tych pięciu dni i kładę dłoń na jego dłoni, a w jego oczach łzy szczęścia. Małe cuda zdarzają mi się tego dnia jeden po drugim.
Na podwórku mojego polskiego domu moja siostra Niedźwiedzica z dzieckiem na ręku i drugim w samochodzie. Jeszcze ją całuję w policzek. Ona rozgoryczona i smutna, zmęczona macierzyństwem, nie myśli o tych wszystkich kobietach, które modlą się o jej los. Kocham ją i tak. Pozwalam sobie spojrzeć w oczka maleństwa na jej ramionach i błogosławię mu. W zamian dostaję promienny niewinny uśmiech. Zapakowuję go do walizki serca: nic bardziej się nie przyda w podróży życia. Żegnam jeszcze szwagra i ściskam rączki jego syna, co już gotowy do drogi. Moja mama otwiera drzwi domu i ramiona. Posila moje ciało, które z jej ciała jest i jej duszy. Moja mama, Madonna. Kładę zmęczone niedokrwione ciało w ciepłej pościeli. Wokół mnie cisza bez końca.
Po dwóch godzinach budzi mnie pukanie do drzwi: czas w drogę. Niesiona na fali rodzinnego ciepła i niepojętej gościnności odwiedzam tego wieczoru bliskich, co czasem za daleko, żeby naprawdę na nich spojrzeć, ich dotknąć i usłyszeć. Najpierw dom rodzinny mojej mamy, a potem jej siostry Kopciuszka. W tym drugim spotykam moją kuzynkę Sarenkę, przyjaciółkę od kiedy chodzę oraz narzeczoną kuzyna Jałówkę - przyjaciółkę od kiedy piszę i czytam. Ich nieskończona gościnność pozwala mi poczuć, że ten kawałek Ziemi cały jest moim domem i sięga conajmniej promienia 100 km. Z tą myślą zasypiam około północy by rano wyruszyć w dalszą drogę: do domu.
Droga prowadzi mnie do Słupska, gdzie - bez wątpienia to jest cud - mam jeszcze ostatnią szansę odwiedzić moją ciocię chrzestną, która leży sparaliżowana po udarze. Dzik gada przez cały czas kiedy siedzimy w aucie. Ja prowadzę, on gada. Na tych naszych małych trasach, które zazwyczaj trwają do półtora godziny, wygłasza mi swoje życiowe mądrości. To jest jak wykłady na uniwersytecie trzeciego wieku, zajęcia indywidualne, ekskluzywne w aucie. Dziś tematem jest przedsiębiorczość oraz optymalne korzystanie z dobrodziejstw systemu. Ważną myślą przewodnią jest zrzeszeniowość jako klucz do sukcesu drobnych producentów oraz środek łagodzący decyzyjność/dyktaturę odbiorców. Słucham i przytakuję. Nagle zapada pomiędzy nami kurtyna ciszy. Milczymy do siebie w wielkiej niewiadomej. Piętro czwarte. Pytamy o salę. Wchodzimy na wskazaną przez sanitariusza spotkanego na korytarzu. Wchodzę i widzę tylko ją Rusałkę. Niepojęta magia ma miejsce. Cała jestem napełniona radością, po brzegi, uśmiech sięga mi do uszu, a oczy błyszczą. Ona tak (!) niedowierza. Całą twarzą, całym ciałem niedowierza tej radości. Ma uśmiech jak pół księżyca, przepiękny. Jej ciało odmawia posłuszeństwa, ale jej serce już całe promienieje i mówi do mnie bez słów: No nie wierzę... Widzę ją, moją matkę chrzestną, jak tym uśmiechem darzy moją bezwiedną buzię w beciku. Widzę jak do ślubu cywilnego z wujkiem Dorszem ma na sobie tą hipisowską, ręcznie wyszytą suknię bogińki Słońca. Ona wymiata, jest dziewczyną rock-and-rolla, ja jestem jej fanką. Moja ciocia Rusałka, po niej mam drugie imię.
Usiadła i patrzy z radością i spokojem. Ma lekko w dół zsunięte brwi sygnalizujące uwagę i delikatnie przymruża wciąż radosne oczy, które ciągle niedowierzają. Gadamy do niej raz ja, raz Dzik, na zmianę albo jedno albo drugie. Ona zaś odpowiada każdym ruchem twarzy, wszystko potrafi zasygnalizować. Czas na gimnastykę.
-Pani będzie teraz chodzić. Chcecie zobaczyć jak pani chodzi? - Pyta sanitariusz wsadzając ją na wózek. Więc ja idę, a tata się wstydzi. Ciocia też trochę, ale szybko przestaje. Wychodzi na wybieg opierając się o ramy po obu stronach, przechodzi może 5 metrów w tą i spowrotem po czym siada na wózku. Klękam do jej stóp i mówię:
-Ty chodzisz jak modelka po tym wybiegu! Nie do wiary jaka już jesteś sprawna. A ten twój uśmiech szeroki, to jest cud. Ja muszę już iść. Babcia na Wigilię złożyła mi takie życzenia: "A ja ci życzę świata szerokiego! Bo ty się tam nadajesz." Więc idę już ciociu w ten szeroki. Następnym razem sobie pogadamy.




Dzień 3.: Przelotem w stolicy
Do Berlina jadę z polską parą lesbijską i Chińczykiem. Kierowniczka jest mocno spięta i ma mnóstwo rzeczy, którymi przejmuje się, żeby tylko zajmować sobie czymś głowę. Jej dziewczyna Labradorka jest uciszaczką burz. Tylko jest i słucha, czasem coś odpowiada żeby nie wyjść na ignorantkę. Ładna para. Chińczyk jest zaaferowany Berlinem. Odnalazł tam swoje miejsce, nauczył się języka, pojął mniej więcej nietrudne środkowoeuropejskie struktury. On tak wraca do tego Berlina jak ja do Lipska, do domu z wyboru. Znajdujemy wspólny język, którym jest zresztą angielski. Gadamy jakbyśmy się długo znali, mamy dużo wspólnego.
Berlin, Berlin... Wszędzie wszystkich pełno, wszyscy do wszystkich gadają, wielkie dynamiczne miasto, za którym nie można nadążyć. Najpierw głupia pobłądzona mylę Schönhauser z Kastanienallee, ale gęby nie otworzę, potem palę papierosa na stacji S-Bahna. Spotykam absolwentkę filozofii z Hiszpanii, która sama przyjechała do Berlina i teraz haruje za marne grosze i czuje poniżenie i wstydzi się, że nie potrafi po angielsku wystarczająco dobrze żeby odpowiadać standardom i na wyśmiewiska klienteli jakiegoś nudnego pierwszolepszego baru. Dotyka mnie jej los, czuję z nią przez krótką chwilę. Daję jej ciepły uśmiech w ten deszczowy nijaki dzień początku stycznia i każe jej wierzyć w siebie. Na dokładkę spotykam jakiegoś Warszawiaka, który wyjaśnia mi potem drogę do Czarnej Lwicy.
Lwica przekornie je dużo sałatek i chodzi na zumbę. Jej facet lepi garnki i z pewnością ją też toczy jak drogocenną wazę, bo ona jest po prawdzie fantastyczną kobietą. Ma siłę, ma moc, ma skórę jak mleczna czekolada. Założę się, że tłumy i chmary chłopaków w każdym wieku i położeniu szły za nią, a ona wybębniała jak na jambe rytm do tańca. Prawdopodobnie jest ona zresztą jedną z najlepiej ustawionych moich przyjaciółek. Przy tym jest też w moich oczach kobietą madonną, która rodzi córkę ciało ze swego ciała i duch z ducha, którego wolności nigdy nie staje na drodze. Czasem wzbudza i we mnie córczyne uczucia.
Zostaję przywitana serdecznym uściskiem i sałatką. Podarowuję jej wódkę i każę schłodzić zanim będzie piła. Siadam do stołu jak rolnik gospodarz, jem sałatkę z chlebem i opowiadam. Nawijam jej makaron na uszy i ją całą w bawełnę. Potem każę jej mówić, bo jestem głodna. Głodna również jej mądrości. Ona nie mówi dużo, ale do rzeczy. Wie gdzie jest i co mówi: jak mówi tak jest. Nie ma liryki ani liryczności w jej słowach, ale jest dojrzała kobiecość i spełnienie. Ona zawsze działa zorientowana na cel, ja nigdy. Każe mi wiedzieć czego chcę i pozostać cool. Powinnam, bo potrafię imponować i zostać przy swoim: zabrać się, zacząć i skończyć. Wszystko w moich rękach. Biorę lekcję i dziękuję za jedzenie po czym kontynuuję moje gawędy. Widzę, że ją bawię i zabawiam. Ona lubi moje historie z podróży i miłosne, łóżkowych już nie opowiadam. Już nie ma co opowiadać, bo wszystko sprowadza się do jednej tylko historii, a w niej mało frywolności. Jest w niej za to spokój ducha, rany zalane miodem i ciepło na sercu: cały pakiet.
Publiczny transport przecinający niemalże wszystkie ulice tego przepełnionego ludźmi Rzymu naszych czasów, zabiera mnie po 4 godzinach snu na swój dworzec główny, który jak epicentrum wulkanu rozlewa na około ludzi wszelkich barw i języków. Żegnam się z Berlinem, nic tu po mnie. Dom czeka.



Dzień 4.: Moje miasto, mój dom
Wysiadam późnym przedpołudniem z pociągu na stacji mojego miasta.
Dzień dobry miasto, mój domu. Ładnie dziś wyglądasz. (Ona czerwieni się na skrzyżowaniu idących z jadącymi.) Jak zwykle, moja kochana żono. Ach pamiętasz ten dzień kiedy się poznałyśmy? (Głaska mnie słonecznymi promieniami po nosie.) Pamiętam twoje kamienice jak z kości słoniowej w swojej klasycystycznej elegancji centrum. Metaliczne powietrze początku listopada co roku wprawia mnie w nostalgiczną rozmarzeniowość. Masz to coś, miasto. Twoje lipskie lipy wokół pierścienia otaczającego stare miasto jak złota obrączka na nasz ślub. Tak, to tej wiosny właśnie zdecydowałam się cię poślubić i tu zostać. Zostanę z tobą i będę o ciebie dbać, a ty o mnie, Lipsku.
Moja siostra w duchu, Wiewiórka dziś nas odwiedza. Cieszę się, długo się nie widziałyśmy. Najpierw idę do pokoju na Ulicy Wschodniej, do tego pokoju mam klucze i tam pozostawię dziś moje rzeczy. Mam też klucze do pustego pokoju, który opuściłam wraz ze starym rokiem. Dostaję dziś klucze do nowego pokoju. Czuję, że tych pokoi jest w tym mieście niezliczona ilość i wiem w tym momencie, że do bardzo wielu mam dostęp nawet jeśli nie mam kluczy do zamków, mam klucze do wielu serc.
Zaczynam maraton po pokojach!
Następuje pięć nocy, z których każdą spędzam w innym pokoju mojego domu, bo tak od teraz nazywam mieszkania przyjaciół u których się zatrzymałam.

1. Noc błazenki
Spotykam Wiewiórkę i całe serce mi się raduje. Kocham ją tak jak się kocha tych, którzy znają twoją historię. Ona przychodzi z braćmi bliźniakami: Kozłem i Koziorożcem. Wyglądają i brzmią identycznie, ale myślą i wyrażają się jakby dzieliły ich wielkie odległości w kosmosie. Nie potrafię tego wyjaśnić. Spotykamy się na planie teledysku, do którego mamy grać. Witamy się przed wejściem. Na szczycie schodów dostrzegam Księżycowego Księcia: "cała jestem bałaganem, bitwą i wojennym stanem", jak zwykle... Witamy się dopiero później kiedy razem z Wiewiórką przypadkiem stoimy w przejściu. Jak zwykle więcej uwagi poświęca mojej siostrze, ja zresztą też skupiam całą moją na niej. On skupia się na pracy, żeby nie popaść w idiotyczność, ja tęsknię za jego uwagą i żeby nie popaść w bezsensowny smutek, spoglądam na Wiewiórkę, ona daje mi ogromną ilość pozytywnej energii. Bez niej nie bawiłabym się tak dobrze na tej imprezie, bo jakoś nie przemawia do mnie jego muzyka. Czasem tylko śpiewam ją pod prysznicem albo w pracy i może co jakiś czas oglądam jego zdjęcia, ale to raczej z ciekawości i sceptycznie. To nie jego muzyka skłoniła mnie, żeby tutaj przyjść, tylko obecność Wiewiórki. Patrzę na nią i serce mi roście, patrzę na niego i mam ogromny znak zapytania zajmujący mi całą głowę, dziwię się i pytam. Wychodzimy z pierwszego planu zdjęciowego i chcę się upić. Chcę się wykoleić, wybić z głowy ten głupi pytajnik, przestać czekać, poczuć pełnię życia i śmierć na raz, zgłupieć do końca, albo przestać być głupia. Idziemy na drugi plan, do jego mieszkania. On wysyła mi jakieś maleńkie sygnaliki, łaskocze, przywołuje nieśmiało wspomnienie nocy lania miodu na rany i strojenia nagiego ciała w płatki róż, potem próbuje coś wytłumaczyć, potem rozśmieszyć. Idę do pokoju Medytatora, gadam o wyobrażeniu świata, o pojęciu przestrzeni, czytam Biblię i nic. Ciągle jestem głupia. Żeby zwrócić na siebie uwagę, rozlewam wino na koszulę, po czym rozpinam dekolt i każę wszystkim oglądać moje piękne pełne piersi w czarnej koronce. Spotyka się to z entuzjazmem widzów. Kontynuując show pytam o Biblię. Publiczność się raduje. Zostaję nazwana przez Wiewiórkę Marią Magdaleną.
Poszłabym już spać. Mówię o tym siostrze i braciom. Zanim udajemy się w drogę jeszcze w moim już na wysoki poziom wyniesionym błazeństwie pytam się Księcia Księżycowego czy mogę u niego spać. On cały dzień przepracował i jutro znów ma robotę, dosyć ma pijanych czarownic. Odmawia mi. Skoro tak, to ja idę z siostrą do braci. Po drodze zabawiam Kozła piosenkami jeziornej rusałki. Cieszy się. Potem zabieram go do siebie do łóżka, bo wkurza mnie jego smutek. Śni mi się żart, który opowiem potem wszystkim przy śniadaniu. Po przebudzeniu wypełzam z łóżka na dywan i patrzę na komórkę. Mam wiadomość z Księżyca: przeprosiny. Odpowiadam jak polscy biskupi po drugiej wojnie światowej: "Wybaczamy i prosimy o wybaczenie".

2. Noc męczennicy
Obiecałam, więc muszę dotrzymać obietnicy. Zostaję dziś cały dzień z Wiewiórką. Jestem dziś marudna, skąpa, kombinuję. Nie do twarzy mi z trzymaniem się planu. A plan jest następujący: obejrzeć meble do nowego mieszkania, pomalować pokój w starym i zadowolić wszystkich, a szczególnie Wiewiórkę żądną zabawy.
Idziemy do sklepu, ale nic nie kupujemy. Kupię później, jak będę czuła, że właśnie chcę. Nie chodzi o pieniądze. Pieniądze nie są najważniejsze, powtarza zawsze mój ojciec, kierując się dewizą: jak mam to wydaję. On jest czasem tak skąpy, że nie wita się ani nie żegna przez telefon, bo mu kasuje. Ja dziś do nikogo nie dzwonię, nie mam nic na koncie. Mam od Czarodzieja wiaderko białej farby. Z tymże udaję się z całą powagą do starego mieszkania. Tam ściągam pokrywkę, wyciągam pędzelek jak czarodziejską różdżkę i zamieniam się w artystkę malarkę. Wiewiórka robi mi zdjęcia.
Mój najemca to jest czarny Panter. Przebiegły, mądry, zaradny, a jak mu się da jeść, to nawet potulny. Wchodzi do pokoju i otwiera całą powierzchnię oczu, nawet ślepe przecież bielmo, żeby pokazać mi swoje niezadowolenie.
-Tak jak się umówiliśmy maluję tylko zabrudzone i uszkodzone obszary. Będziesz zadowolony. Spójrz tylko na mnie, jestem artystką malarką. Wiem co robię, w sztuce chodzi właśnie o szczegóły. Powiem ci tak: jakbyś miał mieć problemy, jakby ktoś miał zastrzeżenia, albo pretensje, to daj mi znać. Ja to wszystko załatwię jak będzie trzeba. A powiedz: do tego kurczaka to co byś chciał najbardziej? Ryż, sałatkę, sos? Już wszystko prawie gotowe, ja tu tylko pomaluję i zjemy razem.
Wyszłam stamtąd z wciąż pełnym wiadrem, dumna z moich skąpych zagrywek. Zjedliśmy razem kurczaka, który jest dla mężczyzn lekiem na całe zło. Kurczak jest zawsze dobry i ma tak jak kobieta: najlepsze piersi i uda. W drodze powrotnej toczyłyśmy się z Wiewiórką ze śmiechu. Ona jednak wciąż nie ma dosyć zabaw i gier, chce iść na tańce. Dziś cała wieś bawi się po bałkańsku, ale ja jestem za skąpa, żeby wstęp płacić. Dzwonię do Czarodzieja, on ma zawsze otwarte drzwi i ręce. Biorę Wiewiórkę, która wyobraża sobie chłopców i chłopaków w okresie dojrzewania, co bębnią na kańciastych siedzeniach. Wchodzimy przez pokrętne korytarze do pokoju, gdzie wielka czarna sofa zajmuje dwie ściany. Przy wejściu po lewej stronie stoi bar i dwa krzesła barowe: tam siadam obok, najmłodszego pewnie z bandy NDRowskich rockowców, Rumuna koło czterdziestki. Wiewiórka wpada w panikę, uspokajam ją piwem i skrętem. Działa tylko na chwilę. Chciałabym zostać tej nocy z Czarodziejem, tęskniłam za nim. On mówi do mnie: jesteś wolna, zostań albo idź, ty decydujesz. Czuję przy nim najprawdziwszą wolność. Nie trzeba mi trawy, pozowania, alkoholu - tylko być. Czarodziej, mądry mężczyzna. NRDowscy rokowcy gadają o swoich sprawach, ale nie mogę im się przyjżeć, bo Wiewiórka mnie męczy, a obiecałam z nią zostać. Chcę z nią zostać, jest mi bardzo bliska. Patrzę na to wszystko dookoła no i cóż, trochę tu marazmatycznie. Można zostać, ale czy to warte niepokoju Wiewiórki? Ach te baby... Biorę jej lęki na siebie, postanawiam ją dziś wybrać, poświęcę jej czas, dam oparcie, nawet łóżko jej oddam. Wracamy z zachodu na wschód mojego miasta. Ona czuje, że w końcu otworzyłam serce, staje się spokojniejsza, ufa mi. Gadamy coraz mniej. Kładę się na podłodze, żeby jej było miękko na łóżku, które mamy tylko jedno. Szeptem opowiadam jej bajkę na dobranoc, w trakcie której zasypia. Ja też po chwili i tylko na chwilę.

3. Noc Kozła
Już nie ma we mnie duchowości. Pozostawiłam Czarodzieja, żeby przemęczyć noc na zimnej twardej podłodze. Wszystko mnie boli i nic oprócz bólu nie czuję. Nic nie pamiętam. Około północy, tak jak się umówiliśmy, dzwonię do drzwi mieszkania Kozła. Wpuszcza mnie i każe nie być za głośno. Mówi, że teraz się trochę zajmie sobą, będzie słuchał muzyki i pisał. Daje mi aparat fotograficzny i każe oglądać zdjęcia, które zrobił kilka dni temu. Oglądam i głośno podziwiam. Wszystko mnie napierdala, zwłaszcza plecy. Pytam czy mógłby mnie troszkę pomasować, ale on nie ma nastroju. Oglądam dalej zdjęcia. Kiedy już obejrzałam, opowiada mi dalej o swoich zdjęciach i rysunkach na ścianach. Opowiada mi o prezentach, które dostał na urodziny. Czuję się zobowiązana znów przeprosić, że nie przyszłam, choć mnie zaprosił. Gada dalej, ale ja już nie wiem o czym. Kładę się do łóżka pod kocem, który sobie przyniosłam. Leżę na wznak, ręce mam jedną na wysokości żołądka, drugą na macicy: grzeję najważniejsze mięśnie. Jedną nogę mam wyprostowaną, a drugą stopą opartą o kolano. Ciągle czuję ból. Oznaczam jak tylko mogę wyraźnie moją pożądaną kinosferę, której potrzebuję tylko dla siebie, żeby uspokoić cierpiące ciało. Kozioł leży obok mnie i nie słucha co do niego mówię. Proszę go najpierw grzecznie, potem surowo, żeby pozwolił mi odpocząć, ale on kładzie swoje mokre dłonie na moim ramieniu. Niech będą dłonie, choć nie lubię mokrych, ale dlaczego głowa. Głowa przecież najtrudniejsza jest do uspokojania. Muszę koźlą rogatą teraz w tej niepożądanej bliskości znosić i przenosić się niechętnie z mojej głowy w jego. Podwijam koc pod ciało, dosyć tego nieposłuszeństwa. Teraz będę spać. Nie przychodzi mi to łatwo, bo ból ustępuje bardzo powoli. W końcu mam odrobinę snu i poranek jest jakby lżejszy niż poprzedni.
Dostaję kawę na pożegnanie i tosta z czekoladą na pocieszenie. Mówię, że kolejnej nocy nie spędzę u niego. Jest obrażony i mówi, że nie rozumie. Tłumaczę mu czysto pragmatyczne powody i odwołuję się do mojego eksperymentu. Lekceważąco każe mi robić co chcę. Więc zwijam mój koc, pakuję szczoteczkę do zębów i zakładam plecak. Jest poniedziałek, dzień na początek tygodnia pracy jak pierwszy naleśnik: nigdy nie jest taki jak trzeba. Dziękuję Kozłowi za wszystko i czule go przytulam. Nie wrócę.

4. Noc konsumpcji
Umawiam się na godz 21, a przychodzę o 22. Nie spotyka się to z żadnego rodzaju rozczarowaniem czy niezadowoleniem. Nie ma cienia zadziwienia w serdecznym objęciu sprezentowanym mi na powitanie. Generalnie Lis zajmuje się głównie sobą, co sprawia, że jego obecność jest tylko przyjemna i lekka. Widzę, że przytył, ale nie mówię nic, bo wiem, że go to też zajmuje. Sam mi o tym mówi. Artysta musi być szczery, żeby był wiarygodny i prawdziwy. Musi jednak potrafić wyważyć słowa, a to nie jest mocna strona Lisa. Nie komentuję. Stawiam piwo na stole. Lis leje sobie wódkę. Wódka nie tuczy aż tak. Przyszłam do Lisa z pewnym interesem. Chciałam z nim pogadać o możliwości brania od niego lekcji gry na jakimś instrumencie, dokładnie chodziło mi o ukulele. Marzy mi się ukulele, tak bardzo byłoby mi do twarzy z takim radosnym, malutkim producentem melodii dla wszystkich co chcą się śmiać i uśmiechać. Tylko ja i on... Przypomina mi się moje magiczne spotkanie z Lisem po raz pierwszy. Nie interesował mnie bardzo długo, nawet jak mnie wiózł przez miasto na bagażniku na tańce. Nawet jak zwaliłam na niego winę za skończoną wódkę, nawet jak zaproponował mi jointa u siebie. Siedziałam tam wtedy na gaciach i koszulce, był początek bardzo szczodrego lata. On kazał mi skręcić trochę radości, ja kazałam mu trochę radości wydobyć z wiszącego na ścianie ukulele. Uniosłam wtedy wzrok z moich pracowitych palców i widzę chłopca jak anioła na białych majtkach brzdąkającego słodką melodię, a z ust jak słowiki wylatują mu piosenki o magicznych stanach ducha. Moja buzia zamieniła się w półksiężyc, dokąd wziął mnie ze sobą w podróż na kucyku przez zieloną łąkę. Byłam szczęśliwa, że go poznałam.
Ale dziś nie ciskam z bomby, bo widzę, że Lis musi się wyżalić. Opowiada mi swój życiorys od momentu kiedy zaczął grać. Chłopaki muszą grać, nie ma dla nich innej opcji. Dziewczyny mogą całe życie tylko prześpiewać i przetańczyć, chłopaki muszą grać w cokolwiek, na czymkolwiek. A on właśnie śpiewa od zawsze: nie porusza się po jakże ponętnych strunach gitary elektrycznej tak sprawnie, żeby mógł się popisać. Popisuje się za to głosem i ja to lubię, ale po prawdzie mógłby gitarą zarzucić na dziewczyny sieć i ściągnąć czary, które one też ściągają, ale innymi drogami. No miałby więcej dziewcząt pod sceną i za sceną pewnie. Taka jest jego teoria.
Lis uczy mnie otwierać piwo zapalniczką. Nie potrafię aż do końca. On jest jednak dobrym cierpliwym nauczycielem. Nie komentuje. Mówi co będzie robił i pyta czy mi to nie będzie przeszkadzać. Człowieka o takim bezgranicznym szacunku do kobiety jeszcze nie poznałam. Być może to dlatego, że jego mama została porzucona i kazała mu szanować kobiety. Mamy się słucha, przynajmniej do pewnego momentu. Potem już się wie bez niej, ale wie się, że to co w ciebie bezwiedną/bezwiednego naładowała, na zawsze zostaje. On też tak ma, że ładuje w bezwiednych i oni potem to mają, a ponieważ daje z serca, mają wszystko co dobre. Ja już teraz świetnie sobie radzę z piwem i zapalniczką, nawet na kilka sposobów. Mówię do niego, weź mnie naucz grać na ukulele. Da się zrobić. Już chwyta za instrument, kiedy ja trochę przyhamowuję. Może najpierw piwo? No to pijemy: ja piwo, on wódkę. Potem on trochę śpiewa, ale nie przekonywująco. Może zapalimy? Robi się coraz bardziej przekonywująco. Czytamy sobie wiersze i inne teksty. Może obejrzymy film? Oglądamy i jemy paluszki. Jemy też mandarynki i śmiejemy się z głupawych żartów we włoskiej komedii z lat 80. Absurdalne i prostackie. Konsumujemy bez myślenia, aż zasypiamy każde w swoim łóżku.

5. Noc czarów
Do Czarodzieja chodzę jak do lekarza. On jest szamanem, lekarzem dusz. Przychodzę w porę - jak się umówiliśmy. On otwiera mi drzwi i zawsze najpierw mówi, jak bardzo się cieszy, że jestem. Ja też się cieszę. Dopiero co wziął prysznic, ma na sobie dresy i skarpety harlekina: w czarno-czerwone paski, każda inna. Jestem trochę spięta, bo wiem co mnie dziś czeka. On, jak to lekarz, dba o moje dobre samopoczucie: kupił butelkę czerwonego wina i odwraca moją uwagę zabawnymi historiami o swoich skarpetkach. Przypomina mi moją dentystkę, kobietę o niesamowitej czułości, co głaskała mnie zewnętrzną miękką skórą zadbanych białych dłoni i zaglądała do oczu z serdeczną empatią zaraz po wstrzyknięciu w dziąsło gorzkiego znieczulenia.
Czekaliśmy oboje długo na ten dzień czy też noc. Nie wiem, które z nas bardziej się niecierpliwi. Wiem, że ciągle mi potrzeba środka znieczulającego. Czarodziej opowiada mi o dalekich krajach i duchowych zwyczajach różnych narodów, plemion i szczepów. Mówię, że jest zimno, on podkręca farelkę. Czarodziej nigdy nie ośmieliłby się nakazywać komukolwiek cokolwiek. On zaczarowuje. Bierze do ręki gitarę elektryczną i zapowiada się na piosenkę na ośmielenie. Śpiewa "Zieh dich aus" [Rozbierz się] zespołu Die Elenden, czyli ubodzy. Jak uboga dziewica pozbywam się za ten show ostatniej szaty, oswobodzam ciało od głowy do pasa i siedzę przed nim z tym winem, co wciąż nie znieczula. Może i lepiej. Czarodziej rozkłada na podłodze koc, przygotowuje warsztat pracy. Miesza farby z czerwonym winem. Osiadam na tym białym kocu jak dżinka na chmurze z butelki wina. W tle gra Dikanda: drgania strun wszelkiego rodzaju ukształtowane i wydobyte z ciał pięknych ludzi z mojej ziemi. Zanim Czarodziej zacznie rytuał, zakłada kabaretki i skórzaną spódnicę, po czym rozpuszcza swoje długie proste włosy. Wygląda jak urocza Drag Queen: bardzo przyjemny i uspokajający widok. Każe mu przejść do rzeczy, bo już się niecierpliwię. Cały czas gadam. On idzie jeszcze tylko po czystą wodę, żeby umieszać trochę jasnych farb, a ja w międzyczasie zmieniam nastrój na lounge - muzykę, przy której sama najlepiej pracuję. Mam zamknięte oczy. Otwieram je na chwilę i widzę go jak górnika kopalnianego z lampą na czole. Nie wiem co powstaje na mojej twarzy, szyi i całej reszcie nagiej powierzchni ciała.
- Co mi przyszło do głowy, żeby po nocach i pijaku tutaj takie rytuały odprawiać.
Spoglądam na niego surowo. Po chwili śmiejemy się razem.
- Jestem zmęczona, muszę jutro wcześnie wstać i mam przed sobą przeprowadzkę.
- Ale ja jeszcze nie skończyłem, dopiero mała część gotowa, dopiero się rozkręcam. Wytrzymasz jeszcze trochę? Tylko zrobię zdjęcia.
Kładę się spać, a po odczuwalnych może 2 godzinach budzę się i pytam Czarodzieja o godzinę. 10 rano. Nie! Jestem spóźniona! Dobrze, że to niedaleko. Muszę spadać. Wstaję i w świetle dnia widzę swoje pomalowane ciało w lustrze. Wyszukane ornamenty w czerwieni wina przechodzące w czerń, która jakby rysuje przepaść pomiędzy moimi piersiami. Każda z nich obmalowana jakby opleciona biało-zielonymi lianami, a pomiędzy nimi jak słońce przebija słomkowa żółć. Brzuch faktycznie niedokńczony, tylko kontury i trochę żółci z czernią na bokach. Jeszcze nigdy nie czułam się taka piękna nago. Jeszcze nigdy tak mi się nie podobało moje ciało.
- Gratuluję Czarodzieju, piękna robota. Dziękuję, naprawdę mi się podoba.
Czarodziej jeszcze śpi. Ja uciekam.

6. Noc i dzień osiedlenia
Cały dzień biegłam: po naczynia, po ulicy, po torach, po schodach, po radę, po przyjaciół do pomocy, po auto do wypożyczalni, po meble do pokoju i po meble do ludzi. Wkońcu wylądowaliśmy z tym wszystkim co zmieścił transporter, a co później wypełniło puste przestrzenie mojego mieszkania i... zaczęliśmy wojnę na poduszki. Wokół nas kartony, pudła i walizki. Okna zapraszają do wyjżenia przez nie na ulicę wyłożoną brukiem i sąsiednie domy przepełnione rodzinami z dziećmi. Kocham moich dobrych pomocników.
Nie ma imprezy na wprowadzkę. Jestem ciągle jeszcze w podróży. Odwożę najdroższych szczęśliwa i dumna, podarowuję im dużo czekolady, niech się posilą. Sama wybieram się do przyjaciela, z tych co we mnie wierzą. Oni są na wagę złota. Złoty Chłopak oczekuje mnie w kuchni z gitarą. Gra mi na wstępie bosanowę. Niewiarygodny, niedelikatny, krytykuję. On krytykuje moją krytykę. Robi herbatę i kolację: chleb i co w lodówce. Jemy i nie kłócimy się jeszcze tak intensywnie. Dopiero po jedzeniu zaczynamy bitwę z naszych głów wydobywać na powierzchnię słów. Kłócimy się i sprzeczamy o to czy ona w ogóle ma miejsce. Ja twierdzę, że nie ma wojny. Nie ma o co się bić. Wszystko można wyjaśnić i dojść do punktu, gdzie nie ma już sprzeczności. Na końcu drogi do wnętrza konstrukcji widzę gromadzący się na swobodnej drodze przepływu fali drobny piasek lub kurz. Nie wiem skąd on jest, prawdopodobnie wynika z przekroczenia szybkości i wyimaginowanych granic. Złoty Chłopak nie widzi jednego świata tylko dwa. Zawsze dzieli na dwa, zawsze jest przeciwny koniec. Wszystko zaczyna się i kończy, wszystko jest podzielone na etapy i fazy, przez które przechodzi się tylko raz. Zło jest jednoznaczne tak jak każda kategoria świata. Sprzeczam się. Twierdzę, że przejścia pomiędzy miejscami w czasoprzestrzeni są swobodne i niezależne. Czas jako kategoria jest bardzo relatywny. Nie jest określony upływem tylko przepływem i jest nieskończony, ponieważ nie jesteśmy w stanie określić jego początku. On chce walczyć, walka jest sensem i istotą. Walka jest produktywna, jedynie ona porusza wszystko co w ruchu. Z walki wszystko się rodzi i walką się zdobywa. Ja nie widzę walki tylko wymianę dóbr. Każda prawdziwa wartość jest dobra. To co złe jest tak drobne, że nie warte uwagi. Mówi, że powinnam już iść do domu. Nie kłócę się. On przeprasza, za kłótnię. Mówię, że kłótnia jest produktywna. Uwielbiam się z nim wymieniać zdaniami, to jest nasza praca.
Wracam do domu, który sobie wybrałam na osiedlenie. Zanim położę się spać piszę wersję oficjalną.



Wersja oficjalna

Teraz kiedy tu już jestem
Wiem napewno, że tego właśnie chciałam
Wszystko wokół mnie koi
Uspokaja moją głowę pełną myśli
Mam światło powietrze i muzykę
Mam pewność i niezależność
Mam miłość w sercu i ludzi do kochania

Jestem człowiekiem kobietą i duchem
Idę w stronę nieskończoności
Z wolą i siłą żeby odnaleźć esencję
Nie przegapiając nigdy szczegółów
Idę i to jest mój cel

Jestem cudem i wyznaję cuda
Jeszcze nigdy nie popełniłam błędu
Bo błędów nikt nie popełnia
Z tych którzy mają otwarte oczy
Ja oczu nawet nie przymykam
Śnię na jawie i jak trzeba to nie śpię
Czasem mam klapki na oczach
Ale one nie są moją naturą

To jest oficjalna wersja.

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen