Dienstag, 19. Januar 2016

przedwiośnie


mojemu przyjacielowi Alessandro

Akt I. pęka lód
Ta noc była bardzo krótka, a jednak nie chciała się skończyć. Mało spałam, ale czułam jakbym wstała po długim śnie. Światło poranka otworzyło mi oczy, ale sen wciąż trwał. Pierwszy obraz po przebudzeniu: On patrzy na mnie oczami biednymi i pustymi. Patrzy w górę. Ja jestem zmęczona najzwyczajniej i ciągle, nieustannie, bez przerwy nawet na papierosa (bo jakiś czas temu wtedy przestałam palić) odczuwam lęk. Boję się panicznie. Patrzy na mnie zza biurka, jego twarz oświetla światło monitora. Biała twarz, biały nos i policzki. Patrzę na niego i mówię spokojnie, ale krzyczę w środku, w środku płaczę. "Co to jest za gówno?" "Ketamina. Pomaga." Obraz znika. On jeszcze leży w łóżku. Śpi. Ja biorę prysznic. Nie obchodzi mnie moje ciało. Grube, niegrube. Włosy skręcam na czubku głowy, szara koszula, czarne spodnie, ładne buty. Wszystko dobrze dobrane, elegancko, a płaszcz taki dziewczęcy, dodaje nutę niewinności. Patrzę sobie w oczy: smutne.
Stoje przy oknie w kuchni, pije czarną kawę. Za oknem bardzo szaro, ale jakby przyjemne to światło. Marazm nawet zaczyna mi się podobać, idę w niego. On wstał najpewniej zaraz po tym jak wyszłam. Poprzednia noc pozbawiła mnie całej nadziei. Wsiadam do autobusu i jadę na północ. A już myślałam, że jestem na biegunie, tak mi zimno na sercu. Siedzę tam i jest kilkoro ludzi w autobusie, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Gapię się w okno, wyrzucam myśli jak rzutnik, patrzę na nie i całe moje ciało drży, dygoce, spina się każdy elastyczny element organizmu. Oczy zachodzą mi łzami, łzy płyną po policzkach, ocieram - gorące! Ała! Boli! Płaczę dalej, bo boli mnie całe ciało nagle. Ktoś mnie zauważa, uspokajam się. Sama widzę, że wyglądam teraz idiotycznie. Milknę i cichnę też w środku. Wysiadam z autobusu, idę przed siebie tropem podyktowanym przez google. Jest most, albo wiadukt może bardziej. Dla mnie to jest teraz tunel czasoprzestrzenny pożerający wszystkie dźwięki. Wchodzę do niego i zaczynam wyć. Ryczę tak głośno, że się nie słyszę, nikt nie słyszy. Wrzeszczę, jęczę, szamotam się po strunach głosowych. Od conajmniej tygodnia płaczę codziennie w domu. I on mówi do mnie wtedy: "Ty ostatnio płaczesz codziennie. Idź ty, idź się wyrycz tak na wypasie. Tak na wypasie." On sobie żartuje w ten sposób, a ja się wtedy uśmiecham i zawstydzam słodko. Wszystko już dobrze... Ach może nie idealnie, ale jestem tu dla ciebie i będę walczyć. Razem będziemy walczyć i wygramy. Kiedy byłam w tunelu, ta myśl już miała mnie opuszczone.
Wychodzę z tunelu i wchodzę do biura. Tam jeszcze jedna dziewczynka, chyba też na rozmowę kwalifikacyjną, myślę sobie. Patrzę na nią i myślę sobie - ale ona napewno nie mówi po polsku. Pewnie jestem zresztą jedną z bardzo niewielu kandydatów i kandydatek i jak nic dostanę tę robotę. Pulchna koło trzydziestki w czarnym wita mnie i woła do pokoju, gdzie siedzą w trójkę z drugą blondyną i koleżką, który mógłby je obie bzykać co wieczór, ale się wstydzi. Gra megakompetentnego, ale wyluzowanego i rozsądnego zarazem. Jedna maska na drugiej. Opowiadam im swoją historię, oni mi o sobie. Przez chwilę czujemy jakbyśmy się pomylili, ale powtarzamy wtedy jeszcze raz wspólne punkty, których jest może 3/15, a może nawet 0,1999 tylko. Wychodzę i mam jakby nadzieję, że coś może. Oni mówią, że się odezwą. (Nie odezwali się. Napisałam długiego maila. Odpowiedź była jednym słowem: nie.) Wychodzę z biura i cicho płaczę. Już się nie mogę doczekać, żeby znów przejść pod wiaduktem. Także drogę powrotną też drę się i płaczę i łkam. Idę więc sobie tak łkając w dół ulicy i on przychodzi z naprzeciwka. Uśmiecham się bezsilnie, ale szczerze. Podchodzi, ale nie zatrzymuje się. "Gdzie ty idziesz", pyta się. "Jak to nie wiesz, przecież wiesz, że z rozmowy kwalifikacyjnej." Widzę już, że czegoś się albo nażarł, albo jest bardzo bardzo głodny. Tak czy siak pozbawiony świadomości. Black out: muszę znowu coś wziąść, bo się zajebię. "A ty dokąd idziesz", pytam. "Do banku", mówi. "Po co?" "Chcę zobaczyć, czy mam dosyć kasy na zakupy, muszę coś kupić do jedzenia, jestem głodny." "Acha." Całkiem udawanie oddycham z ulgą. Stoję chwilę przed bankiem w tej udawanej uldze. Kochałam go bardzo i naprawdę. Jeszcze go tak nikt nie kochał i on jeszcze tak nie kochał, mówił zawsze. Często to powtarzał: "Jeszcze nie kochałem dziewczyny tak jak ciebie kocham." Jeszcze nigdy. Chyba właśnie ta ekskluzywność mnie zeżarła i pochłonęła.

Akt II. woda spływa po soplach
Wychodzi z banku, ma na koncie może 5 do 15 Euro. Mówię: chodźmy razem, kupimy coś do jedzenia i zrobimy śniadanie. On mówi: ale ja nie idę do Kauflandu jednak. Nie jestem głodny. Myślałam, że byłeś. Idę do apteki, mówi. Muszę sobie kupić takie jedno lekarstwo, taki środek, z którego będę mógł sobie zrobić haszysz. Odwracam się w tym momencie na pięcie i idę szybko w drugą stronę na wprost. Idę do domu-niedomu. Dzwonię do domu: mamo! Muszę z tobą teraz porozmawiać. Muszę ci wszystko powiedzieć tylko bądź teraz. Była i powiedziałam. Była też moja siostra i ona mówi: nie możemy ci teraz pomóc na odległość, ale ty idź sobie pomóc. Idź do poradni socjo-psychologicznej, musi być coś takiego w mieście. Powiedz co się dzieje, może oni ci pomogą. Trzymaj się siostra.
Idę natychmiast, wchodzę, mówię co jest i wybucham płaczem. Mówię tak: mój chłopak bierze narkotyki i ja nie wiem jak mu pomóc. Już nie wiem co robić, już nic nie wiem. Siadam przed tą kobietą na krześle w jej pokoju. Gadam i ryczę, a ona mówi: płacz sobie teraz już całkiem spokojnie. Płacz proszę, proszę weź chusteczkę, weź całą paczkę. Patrzy na mnie jej jasnymi zielono-niebieskimi jak niebo odbite w jeziorze oczami i mówi, że wszystko już dobrze. Pokochałam tą kobietę. Ona była moją pierwszą bohaterką ciężkiej drogi do drzwi ewakuacyjnych. Spakowałam wszystkie rzeczy i widzę Alessandro z plecakiem i ojca w drzwiach, a potem na fotelu. Stanęłam przed nim i powiedziałam, że już wiem teraz na pewno. Odchodzę na dobre. Po trzech nieszczęśliwych, ostrych w konsekwencjach próbach ucieczki, wreszcie powiedziałam i robię. On leży na kanapie i gapi się w telewizor. Ja jeszcze zrzucam na ojca całą odpowiedzialność i troskę. On to czuje, oboje to czują. Grają zimnych albo już są zimni, bo są w jakichś 62-78% martwi. Dotknęłam ich punktu wyjścia i wracam do życia. Z Alessandro.

Jest bardzo zimna i długa zima
nie mam mieszkania, pieniędzy,
ciepłego koca i siły.
Z wiosną wracam do życia, odżywam.
Latem kwitnę, pachnę, jestem miękka,
zalotna i wszyscy o mnie marzą.
Moje imię to z greckiego
violetta, fiołek.


Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen