Mittwoch, 9. September 2015

Opowiadanie jesienne (Poniatowskiemu na urodziny)

W tym roku urodziny mojej wybranej na honorową siedzibę knajpy spędzilam z rodzicami w Lipsku. Zaczęliśmy świętować w czwartek.

Ojciec udawał, że potrafi grać na fortepianie. Potem oboje z mamą robili tło do ponownego otwarcia naszej sceny literackiej. Dziękujemy właścicielom za dobrą gościnę.

Poniżej publikuję pozbawione ram czasowych opowiadanie z września 2014.

Dziękuję za kolejny rok owocnej pracy. Wtedy przegapiłam urodziny Poniatowski Polski Bar & Restauracja, ale intensywnie myślałam o tym co tam się wyrabiało i poczyniało. Będziemy na tej scenie jeszcze nie raz się przewracać. Obiecuję.

****

Było szare wrześniowe popołudnie, najbardziej nudny dzień miesiąca u Eli w pracy, kiedy przerzucając do spamu maile od portali randkowych, trafiła na osobistą wiadomość od Winfrida.

@Całuski na zimny poniedziałek z Berlina.

Co za osioł próżny. Myśli, że mnie to będzie jarać, że on mieszka w centrum stolicy. Nie mam zamiaru odpowiadać na jego końskie zaloty. Nie mam ochoty na perwersów tego pokroju, nie w moim wieku. Jak już to po pijaku i z jakimś artystą. Na to bym pewnie poszła bez zawachania. Nienawidzę artystów i kocham ich ponad wszystko. Mój tata był artystą.

Aktor ze spalonego teatru. Dosłownie, bo zginął podczas pożaru teatru, kiedy miała osiem lat. Tyle pamięta co z opowiadań siostry.

Tata Eli był znamy w kraju i trochę grywał za granicą, we Francji. Nie były to jakieś zacne produkcje. Najczęściej któraś z bocznych ról, albo statysta w serialach komediowych. Raz zagrał z Louis de Funes'em w jednym odcinku jego show niedzielnego. Marek Jurkiewicz zagrał wtedy ukraińskiego właściciela pierwszej pierogarni w Paryżu. Ta pierogarnia nigdy tam nie powstała. Wszystko zostało zaaranżowane na potrzeby show. Po jakimś czasie pan Marek ściągnął kolegę do Paryża i wykorzystał tą fałszywą legendę, żeby założyć tam pierwszą w mieście polską restaurację. Nazwał ją Poniatowski. To było jedyne nazwisko, które oprócz Chopin coś mówiło o Polsce. O Szopenie z resztą twierdzili, że był Francuzem. Nieraz grano tam koncerty poważnej muzyki w interpretacjach z czasów dwudziestolecia międzywojennego.

Ela chciała taką właśnie knajpę otworzyć w Lipsku. Wyobrażała sobie nowoczesny radosny design. Różowe ściany i beżowa podłoga. Wysokie okna wychodzą na ulicę w nowobogackiej dzielnicy niedaleko prestiżowego hotelu i instytutu matematycznego. Chciałaby sprzedawać tam pierogi i bigos. Wieczorem za barem siedzieli by jej sąsiedzi i przyjaciele. Byłaby cały czas w pracy, ale mogłaby się temu zajęciu do końca poświęcić. Właśnie była w trakcie pisania koncepcji i planu finansowego tego projektu. Liczyła to wszystko pi razy drzwi. Nieważne ile tam zarobi czy straci. Chodziło o to, żeby ożywić legendę i nią żyć. Chciała tworzyć kulturalne i społeczne życie swojego ukochanego miasta. Wyjrzała za okno i po raz pierwszy od kiedy tu mieszka mżyło. Chmury były teraz bardzo nisko nad miastem. Najwyższe budowle niemal topiły się w obłokach: wielkomiejska bajka.

Ciężkie krople deszczu już spadały na parapet przy wystawowym oknie krawca na ulicy Długiej w Lipsku. Pogoda barowa.

-Albo się dziś upiję, albo wszyscy oprócz mnie to zrobią.

Dwa numery dalej od jego studio znajdowała się restauracja i bar irlandzki „Shippin jard”. W piwnicy grała tradycyjna grupa folkowa. Frontman trzymał w jednej dłoni niby gong i uderzał w niego grubą pałką. Gabrysia zbliżyła się do sceny. Najpierw zdjęła kurtkę, potem rzuciła wszystko w kąt i zaczęła tańczyć.

Stewart, z urodzenia po matce Irlandczyk siedział akurat w domu sam i czytał wiersze, które otrzymał od Gabrysi. Bardzo był zakochany w tej pięknej Polce-Ślązaczce. Ostatni raz kiedy spotkali się w ogrodzie palmowym powiedziała mu, że go nienawidzi. Rozstali się na jakiś czas. Na urodziny podarowała mu swoje wiersze w pudełku po czekoladkach, bo brał ją sobie jak słodycz na ząb. Ona nie chciała nawet wiedzieć co jemu po głowie chodziło. Chciała się cieszyć tym co tu i teraz. Jemu o to samo chodziło. Koniec końców mieli udane życie łóżkowe.
Gabrysia postanowiła zacząć wszystko od nowa. Zobaczyła krawca na wejściu i podeszła do niego żwawym krokiem. Zbliżywszy się do niego na trzy kroki, poczuła dreszcz zaniepokojenia. Na jej policzku pojawił się rumieniec. Krawiec jeszcze nic nie wypił, podszedł więc do baru mijając ją nieopatrznie. Poprosił whisky. Podali mu Capitain Morgen pod przykrywką Nord Park. Nie zorientował się. Wypił jeden po drugim i odwrócił się w stronę dziewczyny.

-Dobry wieczór pani.
-Dobry wieczór panu.
-Pani dzisiaj sama?
-Ja zwykłam sama wszystko robić.
-Pani ma smutne oczy.
-A pan na pół otwarte.
-Pani mi się podoba.
-Pan się chwieje.
-Bujam się w rytmie muzyki. Niech pani pozwoli zaprosić się do tańca.
-Pozwalam.

Zatańczyli do piosenki popfolkowej grupy z polski. „Czerwone korale, czerwone niczym wino, korale z polnej jarzębiny i łzy dziewczyny – i wielkie łzy”. Przytuliła się do niego w tańcu, jakby chciała się w nim ukryć. Oplótł ją silnie dłońmi, które spoczęły na jej kręgosłupie. Znów nie zrobi tego samego błędu. Nie pozwoli sobie na bycie marionetką. Nie za cenę pięciu sekund przynależności. Tym razem odda się w ręce mężczyzny, którego do końca nienawidzi i nigdy go naprawdę nie pokocha. Nigdy nie straci wolności wyboru.

-Jak pani na imię?
-Gabriela.
-Pięknie pani tańczy.
-To pan prowadzi.
-Może się pani czegoś napije ze mną?
-Może.
-Zapraszam.

Za barem stał przeuroczy młody chłopak w różowej stylowej koszuli. Jego szelmowski uśmiech krył jednak jakąś głębszą tęsknotę. Były w nim pewne mury nie do przebicia. Nawet kiedy mocno się upił i już po pracy spalił trawą nieznajomego pochodzenia, nie złamał się. Zawsze znał granice, których za nic by nie przekroczył. Kiedy Gabrysia podeszła z krawcem do baru, barman akurat flirtował z Elą.

-Poproszę jeszcze raz whisky. Tym razem biorę Ballantines. Dla pani?
-Dla mnie wódka. Niech będzie Żołądkowa Gorzka.

Zasiedli przy barze i jakby opadły częściowo emocje, które jeszcze przed chwilą czuli w tańcu. Patrząc na swoje twarze rozpoznawali na nich sygnały i emocje znane na pamięć z poprzednich relacji damsko-męskich. Nic pomiędzy nimi nie było. Idealny stan na one-night-stand, pomyślała Ela. Nic i wszystko stało jej na przeszkodzie by znów rzucić się w wir swojego pożądania i dzielic ten płomień z tym mężczyzną, aż oboje się spalą. Myślała znów o definicji wolności, która jest zawsze świadomym wyborem tego co najlepsze i odpowiednie.




-Czy myśli pani o tym samym co ja?
-Być może. Też pan myśli o pracy, planach na kolejne pięć lat, zeznaniu podatkowym za zeszły rok i że musi pan jutro wcześnie wstać?
-Staram się nie tracić z panią kontaktu wzrokowego, ale ta pani czerwona sukienka strasznie mnie rozprasza. Myślę o tym co panią skłoniło, żeby ją założyć.
-Lubię dobrze wygladać wyłącznie dla siebie. Czasem śpiewam i wystepuję na scenie. Lubię być rozpoznawana.
-Pani jest artystką.
-Absolutną, ale wciąż jeszcze nie odkrytą.
-Skoro pani już występuje na scenie, to chyba jest pewna publiczność, ktora panią zna.
-Nie dbam o to proszę pana. Ja tu jestem po to żeby tworzyć. Artysta nie gromadzi dóbr materialnych. Artysta trwa. Wiecznie.
-Krawiec usmiechnął sie z pobłażaniem, ale bez drwiny.
-Może się napijemy?


***

Ela obudziła się sama w swojej przestronnej, jasnej sypialni. Białe zasłony opływały dębowe ramy okien. Późne lato zdecydowało się podarowac jej ciepłe promienie słoneczne na śniadanie. Usiadła w kwiecistej pościeli i spojrzała na otwarte drzwi. Wszystkie drzwi miała w mieszkaniu otwarte. Zawsze jakby czekała, aż ktoś wejdzie. Nikt nie wchodził, nawet kot. Godziła się z tą samotnością, kiedy ją miała i tęskniła za nią, gdy przebywała z ludźmi. Pokochała się i pogodziła ze sobą. Stała pewnie na swoich dwóch stopach i potrafiła się na nich unieść, kiedy była zakochana. Szczerze i otwarcie kochała siebie i ludzi. Tak jej się wydawało.




Konrad siedział w podwórku za domem na plastikowym zielonym krześle i dojadał kanapkę z salami popijając ją zieloną herbatą. Była siódma rano w szare brzydkie przedpołudnie wrzesniowe. Było zimno i mokro, a słońca wciaz nie było widać. Rzucił okiem na półke z winem za szybą drzwi. Spojrzał na zegarek i zerwał sie z krzesła. Jak tylko otworzył drzwi do kuchni, zaczął padać deszcz. Przykrywając głowę kurtką przeszedł od drzwi wyjściowych do samochodu.

Ela założyła kaptur sztruksowego płaszcza i wsiadła na rower. Nie było w jej oczach tego blasku i błogosci, która odczuwała podczas wylegiwania sie latem w słoncu nad brzegiem jeziora Cospudnerskiego. Nie bylo w niej jednak żalu. Troche jej bylo dziwnie i głupio, że w niedziele spedziła kolejny poranek u boku Stewarda. Nic się między nimi nie zmieniło. Nie było kiedy przearanżować życia, które przecież i tak się samo toczyło. Wpadli na siebie w nagłym przypływie tęsknoty za bliskością. On był tej nocy do reszty pijany i zepsuł jej światło odblaskowe przy rowerze. Ona patrzyła na niego pełna niedowierzania.

-Jest szósta rano.
-A my wciąż w drodze.
-Czuje się jak ostatni smieć. Kupiłam sukienkę. Podoba ci się?
-Jest mega seksi. Wyglądasz jak zwykle pięknie. Sorry za ten rower. Naprawię ci go. Z miłoscią ci go naprawię. To jest więcej niż sama naprawa. Z miłością dłużej będzie trzymać.
-Nie wierzyła mu ani na słowo i nie chciała nawet o tym myśleć ile oboje alkoholu wypili. Wiedziała tylko, że nie chce juz słuchać słodkich słówek, które nic nie znaczą. Wszystko było w jej rękach. Od zawsze. Teraz też.
Położyła się obok niego w sukience i rajstopach. Pozwoliła mu zasnąć wtulonemu w jej ramię. Pocałowała go w skroń. Wszystko było jasne i proste. W oczach wszystkich realistow świata, w jej oczach też było to wszystko przeraźliwie zawstydzające. Nie miała pojęcia co tam robi – pytała się siebie i patrzyła na niego bez wyrazu. Jego oczy były pełne. Ona była w tych oczach jakoby jego wielka troska – substytutka wszystkich tęsknot – nigdy nie kochana przez niego do końca.

Dzisiaj miala twarz mokrą od deszczu. Mżawka wypełniała powietrze jak chmury co opadły na wysokość ludzkich głów. Konrad stanął na czerwonym i spojrzał mimochodem na rowerzystkę po jego prawej stronie. Nic go nie zainteresowało w tej dziewczynie. Miała wprawdzie stosunkowo długie nogi i bardzo kobiecą figurę, ale takich dziewcząt nie brakuje, zwłaszcza wsród rowerzystek. Nagle odwrociła twarz w jego stronę. Słońce przedarło się przez chmury. Jej różowa buzia i smutne oczy ukazały mu się nagle jak z obrazka Matki Boskiej. Ciepłe swiatło wykluwało się z metalicznego nieba. Jej brązowy długi płaszcz nabral złotego koloru, a wokół jej głowy jakby zalśniła aureola. Był to dla Konrada wysoce surrealistyczny widok. Sam sie zdziwił, ze tego typu wizje rodzą się w jego głowie. Nigdy nie był wierzący czy religijny, a jednak ta swięta dziewica tkwiła mu w głowie jak kołek. Spoglając na ta dziewczynę w tym ułamku sekundy czuł jakby coś nieuchwytnego zmysłami miało miejsce.


Zapaliło sie zielone i dziewczyna ruszyła na wprost długą ulicą. Zahipnotyzowany Konrad pojechał za nią, aż do podwórka biura, gdzie Ela pracowała i wysiadł.
***

Steward przekroczył próg studia nagraniowego i zapalił światło. Na ścianie ponad jego statywem na gitarę wisiał obraz – rysunek nagiej kobiety otwierającej szeroko ramiona. Jej głowę wpisaną w okrąg o średnicy trzeciej części długości jej ciała przestrzelał na wylot nabój. Rysunek wymalowany był w ekspresjonistyczych barwach – czerwone kontury otaczały grafitowe cienie ołówka. Czarne linie otaczały jej krągłości. Stała niczym określone symetrycznie ciało ludzkie u Leonarda da Vinci. Tryskał z niej duch humanizmu oraz energia. Pełna ekspresji postawa zapraszała do aktywności życiowej. Powziął gitarę i zagrał kilka akordów w rytmie, który w międzyczasie sam powstał. Zagrał jeszcze raz tą kombinacje.

I’m out of the game
you play
I prefer the red rain
I prefer to love my babe
Early in the morning
Coz I can’t get tired
I can’t get tired
I’m not tired
By loving my babe

I will love her till she dies
Till she losts
When she losts
That is the point
Then I’ll watch

She will watch
That ist he point


***

Deszcz przestał padać. Ela przeraziła sie nieco na widok zahipnotyzowanego mężczyzny. Zastawiała się gdzie podziała klucze od kłódki roweru. Przeszło jej przez myśl, że mogłaby go zapytać. Jego twarz zdawała się być jej znajoma.

-Czy wszystko z panem w porządku?
-Właśnie nie wiem do końca. A pani? Dobrze sie pani czuje?
-Szukam kluczy, ale nie jestem pewna czy zabrałam je ze sobą. Troche jestem rozstrojona.
-Czy moge pani jakoś pomóc?
-Nie sądzę. Czy pan też tutaj pracuje?
-Pracuję na drugim końcu miasta. Mam tam swoja firme.

Ela czuła znów, że życie jej nie zadziwia. Nie wierzyła w szczerość intencji tego mężczyzny. Bała się, że będzie jej za mało, a jego za dużo. Strach blokował jej potrzebę spełnienia. Myslała, że on chce zaimponowac jej dobrami materialnymi. Ona nie chce jego pieniędzy, tylko jakiś wspólny grunt i dobry czas. Dlaczego nie od tego pana teraz… prawie zapomniała – musi iść do pracy.

-Proszę wybaczyć, mam meeting za pół godziny. Muszę się przygotować. Są i klucze. Miłego dnia.
-Czy mam szanse panią jeszcze kiedyś zobaczyć?
-Z pewnością. Zawsze powinien pan wierzyć, że otrzyma od losu kolejną szansę.
-Pani w to wierzy?
-Ja wierzę w drugiego człowieka. Ciagle jeszcze.
-Odważnie i zgubnie proszę pani. Ja tą całą drogę od głównego skrzyżowania jechałem, żeby panią spotkać. To też nie jest szczyt rozsądku.
-Ela uśmiechnęła sie nieśmiało.
-Pan wybaczy, ale muszę już iść.
-Wybaczam.


Konrad spojrzaj na nią jeszcze raz dając do zrozumienia, że nie ma jej tego za złe. Pomyslała wtedy, że mogłaby zostać i jeszcze trochę rozkoszować się tą chwilą bezinteresownego zauroczenia. Był to bardzo niewinny moment. Postanowiła tak jeszcze chwile postać i popatrzeć. Konrad wsiadł do auta i zapiął pasy, ale już nie podniósł wzroku. Dziewcznyna przyglądała sie autu, które opusciło w bardzo wolnym tempie podwórze, poczym przekroczyła drzwi wejściowe biurowca.

Podwórze zostało puste i ciche. Szare niebo zaczeło się rozjaśniać. Lekki wiatr przemknął ulicą. Graficiarz malował scianę na zlecenie firmy handlujacej nieruchomościami. Włascicielka irlandzkiego baru siedziała w restauracji w centrum miasta przy stoliku przed lokalem i jadła lunch z krawcem.

-Wysłałeś już do urzędu skarbowego rozliczenie podatkowe z zeszłego roku?



THE END

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen