Donnerstag, 23. Juli 2015

Biedronki istnieją






Spokój ducha to nie był wygodny stan dla Marioli. Lubiła czasem pomedytować nad własnymi paznokciami, kiedy malowała je przed wyjściem do kina, ale to były sesje nie dłuższe niż pięć minut. Spoglądała wtedy na błękit paznokci jak w lazurową toń wybrzeży Portugalii i czuła w powietrzu truskawki. Dziś nie myślała o tym, żeby o siebie zadbać. Pomalowawszy na czerwono blat swojego stołu, naklejała na emaliową farbę zielone cekiny. „Truskawka to jest dobry motyw”- pomyślała - „bardzo pozytywny.” Skończywszy swoją pracę usiadła na krześle w kształcie stonogi. Wtuliwszy kręgosłup w oparcie, poczuła jak wpasowuje się ono do kręgów jej ciała i masuje jej kark maleńkimi odnóżkami. Ściany pokoju Marioli były każdy w innym odcieniu błękitu. Wiedziała, że to dobrze wpływa na zdrowie jej oczu.



Była już prawie piętnasta, środek tygodnia. Mariola miała za dwie godziny spotkać się z kolegą z pracy by rozmawiać o planowanym przez nich projekcie artystycznym. Mark był bardzo uważnym słuchaczem. Wszystko nagrywał jak na twardy dysk w swojej głowie. Natomiast kiedy kończyło się do niego mówić, powtórzył jak listę zakupów treść wypowiedzi swojego słuchacza dodając tylko lokalizację tych produktów w supermarkecie z jego świata. Mark był wykształconym komputerowcem co fantastycznie wpasowywał się w szybkie informatyczne społeczeństwo, w którym przyszło mu żyć. Miał w głowie linki do ludzi i rzeczy. Nie mówił o emocjach, tylko o formach, formalnościach i terminach. Kreatywność nazywał po imieniu i nawet był w stanie z siebie jej trochę wykrzesać, ale nie robił na ludziach wrażenia. Był lepszym organizatorem i pośrednikiem niż artystą. Dlatego też pewnie dobrze im się z Mariolą pracowało.


Mariola nie była przygotowana na spotkanie ze swoim kolegą. Rzadko się na cokolwiek przygotowywała. Przychodziła, mówiła kim jest i co robi. Miała wiele różnych wersji. Niektórym nowo poznanym opowiadała, że jest aktorką performerką, innym, że zakłada queerowy zespół rockowy. Mamie mówiła, że idzie na studia, tacie, że założyła firmę. Swojej fryzjerce opowiadała wiersze podczas mycia głowy. Kiedyś urząd pracy wysłał ją na cykl zajęć przygotowujący do wypromowania własnej działalności. Formalnie Mariola była bowiem nauczycielką sztuki w wolnym zawodzie. W cyklu tych zajęć z urzędu pracy było spotkanie z psychologiem. Siedząc na białej silikonowej sofie u pani Moni Fuzel, opowiadała wtedy wszystkie te wersje, w których się przedstawia ludziom i co drugie zdanie wtrącała coś o pewnym o dwanaście lat od niej starszym śpiewaku operowym, dla którego od kilku miesięcy co dzień pisze wiersze. Pani Fuzel powiedziała, że te wersje się czasem rozbiegają, ale są w wystarczający sposób spójne. Sama miała bardziej ochotę zrobić sesję hipnotyczną na wzór Mesmera. Jej wypowiedź przecinały więc wzmianki o autosugestii. Na koniec stwierdziła, że nie widzi potrzeby dalszej terapii. „Wszystko z panią w porządku.” Mariola miała wtedy trochę uczucie, że pani Fuzel wystraszyła się tego cyrku w jej głowie. Co chwila inni aktorzy na arenie, a cały show moderuje podstarzały, mało śmieszny klown.


Tak jak wtedy wychodząc z gabinetu pani Fuzel, wsiadła na rower by podążyć w dół ulicy Miodowej. Przycisnęła mocno na pedał, a jej stopa zsunąwszy się z niego, mocno stąpnęła na asfalt. Rama roweru nagle ściągnęła ją na prawą stronę aż do krawężnika, o który uderzyła głową jak dojrzałe jabłko o murawę sadu uprawnego. Wianek pszczół zakręcił się wokół guza na jej głowie, a w oczach miała migające srebrne połacie leśnego jeziora. Ulica była pusta. Zamknęła i otworzyła oczy jeszcze raz szeroko. Przez długą na co najmniej dwa kilometry ulicę Miodową nie przejeżdżał ani jeden samochód. Słońce grzało jej policzki, gdy z przymrużonymi oczami spojrzała w górę na kamienicę ponad nią. Z okna wyglądała jej sąsiadka w czerwonym swetrze.

-Czy pani już nie ma innego swetra poza tym, co go panią zawsze w nim widzę?
-Pani myśli tylko, że widzi. Niech się pani lepiej przyjrzy. To nie jest zwyczajny sweter, tylko przebranie biedronki. Ja jestem biedronką.

Na te słowa sweter sąsiadki zaczął lśnić jak lateks, a na jego powierzchni wystąpiły kropki. Spod pancerza wysunęła wtedy czarne koronkowe skrzydła i zleciała na dół do dziewczyny.

-Wiedziałam, że ten sweter to tylko przykrywka.
-Oczywiście, że wiedziałaś, ale nie chciałaś się przyznać. Dałaś się nabrać na swetry i starych ludzi. Prawie pozwoliłaś, żeby cię wciągnął wir pieniędzy. Chodź ze mną na chwilę na dach, coś ci pokażę.

Mariola stanęła przed ogromną biedronką i odwróciła się do niej plecami, na co ta objęła ją wszystkimi kończynami, prócz tych, na których stała i uniosła się do lotu.
Wylądowawszy na dachu kamienicy, usiadły na jego czubku po obu stronach komina. Miasto było zupełnie puste i ciche. Na niebie zaczęły pojawiać się szare chmury. Sąsiadka biedronka nagle zmalała do naturalnych kształtów owada, którym była i wleciała do komina. Z szarych deszczowych chmur zaczął siąpić deszcz. Mariola stanęła na kancie dachu i naciągnęła na głowę kaptur kurtki. Mimochodem zajrzała do komina. W środku zobaczyła chmarę biedronek, która wciągnęła ją jak przeciąg do wnętrza niekończącej się dziury. Biedronki niosły ją jak zaczarowany dywan, na którym spokojnie opadła na samo dno wielkiej, otwartej przestrzeni. Na środku tej niby sali balowej stał pulpit, a na nim tekst piosenki i nuty. Z ciemnego rogu wyszedł śpiewak operowy, Józef, kochanek Marioli.

Napisałem dla ciebie piosenkę. To jest oda do wilczycy.

-Ja jestem wilczycą?
-Zawsze nią byłaś. Wszystko bierzesz bez pytania i zagarniasz łupy, a potem w samotności je kontemplujesz i tęsknisz za kochankami, którym złamałaś serce.
-Może i tak. No to śpiewaj jak już się wysiliłeś na to pisanie.

Dziewczyno z ciemnego lasu na skrawku ziemi bez imienia
Twoje wilcze oczy nie pozostawiają mi wątpliwości cienia
Jesteś panią samozwańczą tego miasta, co sobie sama je wybrałaś
Spoczęłaś w norze i ją królestwem nazwałaś
Zjadłaś na śniadanie moje serce, popijając ajranem
Ja za tobą nie tęskniłem, bo już nic w środku nie miałem
Jestem twoim panem
Możesz zdjąć buty
Na dywanie z biedronek zatańczymy jak marcujące koty

Mariola wysłuchała czysto odśpiewanej ody do jej domniemanego alter ego i uśmiechnęła się wdzięcznie. Pod jej stopy wsunął się dywan z biedronek, a Józef wskoczył na niego i ujął dziewczynę do tańca. Spojrzał jej w oczy, które nagle zalśniły perłowym blaskiem i zmieniły kolor na błękit pomieszany ze zgniłą zielenią z jego tęczówek. Tańczyli ponad ziemią w rytm wskazówek zegara, który zamienił się nagle w ogromny bęben. Sekundy nie płynęły tak jak zwykły, lecz znacznie wolniej. W powietrzu unosiła się zielona mgła, a jej cząsteczki były maleńkimi robaczkami świętojańskimi. Każdy z nich wyśpiewywał melodię w innym tonie, w całokształcie pełną harmonii. Jeden z tych robaczków wleciał do ucha Marioli i zaszeptał: „Mariolka. Koniec snu.” W tym momencie wszystko wokół prysło, a Mariola obudziła się na chodniku z krwawiącym czołem.

-Matko kochana. Co za sen.

Wyciągnęła z kieszeni paczkę chusteczek higienicznych i otarła krew. Podniosła rower, wsiadła na niego i ruszyła w drogę.
***


Mark zarezerwował stolik w restauracji afgańskiej w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. Siedział tam przy stoliku już od kilku minut, choć tak jak Mariola spóźnił się nieco. Na głowie miał złoty turban i kolczyki w uszach.

-Co to za out-fit?
-Mam taki nowy koncept artystyczny. Przebieram się za Afgańczyka, kiedy tu przychodzę. Idąc do polskiego baru, przebieram się za Krakowiaka, a we włoskiej knajpie jestem postacią z commedia del arte. Chodzi o to, żeby naznaczać swoja obecność. Okazuję moje związanie z tą kulturą, choć niewiele o niej wiem. Parodiuję powielanie wzorców bez wnikania w sens podejmowanych działań.
-Głupio wyglądasz, ale pomysł niegłupi.


Przeszli do loży w głębi sali i usiedli na dywanie przy małym stoliku na podeście. Na granatowych ścianach pomieszczenia namalowane były gwiazdy różnej wielkości. Nikogo poza nimi nie było w tej części lokalu. Mark zdjął z głowy turban i wyciągnął z niego skowronka. Ptak rozpostarł skrzydła, wyciągnął do góry głowę i otrząsnął piórka, po czym rozdarł szeroko dziób i ziewnął jakby. Spojrzał wtedy na swojego właściciela przechylając głowę na bok i z powrotem ją wyprostował.

To jest John, sam go wymyśliłem i skonstruowałem. Wyprodukowany jest wyłącznie z naturalnych, biodegradowalnych materiałów. Wygląda zupełnie jak skowronek, ale nie śpiewa. Główną spełnianą przez niego funkcją jest budzenie i alarmowanie. Można w nim zapisać do tysiąca terminów. Bardzo przydatny. Nie wydala żadnych odchodów. Jestem przeraźliwie głodny! Zamówmy coś - zaproponował Mark.

-Wolałabym się czegoś napić. Jakie tu mają alkohole?
-Mają kilka rodzajów win. Ty lubisz wino.
-Lubiłam kiedyś bardziej. Ostatnio przestawiłam się na silniejsze trunki. Może się starzeję, a może mam skłonności alkoholowe.
-Może oba.
-Może żadne. Wezmę wino.

Ponad głowami gości w tej części restauracji latały bladoniebieskie motyle. To były filtry powietrza działające na zasadzie fotosyntezy. Światło słoneczne produkowały usytuowane w rogach lampy, a całą wilgoć, jakiej potrzebowały motyle, znajdywały one w parze z ust gości. Kiedy kelnerka restauracji przekroczyła wejście do loży, na jej ramieniu siedział taki motyl.

-Czy już państwo zadecydowali?
-Tak. Weźmiemy na początek dwie lampki czerwonego wytrawnego wina. Niech to będzie francuski Cabernet Sauvignon z 2012.
-Dziękuję za zamówienie.

Już po chwili Afganka postawiła na stoliku wino i z serdecznym uśmiechem opuściła lożę. Mariola i Mark rozsiedli się na gąbczastych materacach oparłszy plecy na poduszkach wypełnionych pierzem. Gwiazdy na ścianach pomieszczenia zaczęły promieniować srebrnym światłem księżyca. Powietrze wypełnił metaliczny, a jednak słodki zapach. Wino spłynęło przez gardło Marioli i już miała wyrzuty sumienia. Prawie automatycznie zarumieniła się na twarzy. Mark patrzył na ściany i liczył gwiazdy.

-Czterdzieści siedem – rzucił nagle.
-Trzydzieści osiem lat to jeszcze nie koniec życia. Powiedz mi Mark, dlaczego mężczyźni dziś tak często wątpią?
-Może wcale nie wątpią, tylko potrzebują wsparcia. Każdy potrzebuje. Ty też masz swoje słabości. Z wiekiem będziesz ich miała więcej.
-Czyli jestem za młoda, żeby cokolwiek pojąć? Nic nie wiem o życiu, póki go nie przeżyję. Już ja wiem wystarczająco dużo Mark. Czasem mam pełne usta i w gardle mi stoją słowa. Nie wypowiadam ich, bo już czuję, że nic nie zmienię. Oboje wiemy to samo. Jesteśmy identyczni. Zamiast na tym gruncie budować, rozstajemy się z nudów. Do bani taka logika.
-Myślisz, że z nudów? Myślisz, że to na zawsze? Nigdy nie wiesz. Masz rację mówiąc, że jesteśmy tacy sami. Mój dziadek mi się przyśnił ostatnio i wtedy też wróciłem do tej ważnej prawdy. W tym śnie byłem z nim na spacerze w pewne jasnoszare zimowe popołudnie. Padał śnieg. Ja stałem i patrzyłem na niebo z wyciągniętym językiem chcąc złapać płatek śniegu i poczuć jak rozpuszcza mi się w ustach. Mój dziadek przyszedł do mnie i położył dłoń na moim ramieniu. Wtedy wyciągnął język do nieba, tak jak ja i w tym samym czasie złapaliśmy nasze płatki śniegu. Staruszek spojrzał na mnie i powiedział: Synu, każda z tych maleńkich cząsteczek zamarzniętego deszczu jest wyjątkowa. Każdy płatek śniegu jest zupełnie inny i nigdy się nie powtarza. Wszystkie jednak składają się z tego samego materiału. Wszystkie są wodą.
-Ładny sen. Czy twój dziadek jeszcze żyje?
-Zmarł kiedy miałem sześć lat. Muszę ci jednak powiedzieć, że miał ogromny wpływ na kształtowanie mojej osobowości. Świetny mężczyzna.
-Nieco melancholijny, myślę sobie. Tak już chyba macie, wy Anglicy, że lubicie patrzeć w dal, żeby się czegoś dojrzeć. Wiesz ja w oddali nic nie widzę. Mam wiarę, nie muszę się domyślać, co mi się przytrafi jutro. Wierzę ciągle tylko w to, że będzie lepiej, albo przynajmniej tak samo dobrze. Wierzę w ludzi jak głupia, jednak coraz częściej zatrzymując się na tej myśli, muszę stwierdzić, że mam tej wiary coraz mniej. A może tyle samo, tylko jestem ostrożniejsza. Trzymam więc jakby większy dystans do ludzi, którzy beznadziejnie wierzą. A może ten sam, tylko czegoś się wstydzę, bo myślę, że ktoś ode mnie tego oczekuje. Wstydu, czyli zakrywania twarzy, kiedy masz na niej wypisaną złość, smutek, żal albo ból. Ci którzy taką smutną twarz zakrywają, nie pozbędą się trosk. Twarz najlepiej wygląda w pełnym świetle, niezależnie od natury i urody człowieka. Każdy fotograf, rysownik i filmowiec powie ci, że nie ma już nic korzystniejszego niż światło słoneczne. Rozumiesz?
-„Allways look on the bright site of life”, he he. Ty rozumiesz, nawet nie pytam. Bystra jesteś, wiesz Mariola. Czasem dużo gadasz, ale dobrze się ciebie słucha.
-Wiem, ty lubisz słuchać. Posłuchaj teraz mojego snu. Siedzę w moim mieszkaniu przy biurku i piszę. Jakieś maile odpowiadam, czy tam czytam. Jest wcześnie rano, piję kawę i dojadam owsiankę. Potem mam ochotę na papierosa, więc idę do okna. Zamiast jednak palić tego papierosa, wychodzę z okna na parapet, skąd przechodzę na ścianę i wspinam się po niej na dach. Widzę nade mną jasne chmury i kiedy tak patrzę w to niebo, to nagle kręci mi się w głowie i spadam w dół. Zdążam jeszcze chwycić się za rynnę i zawisam na niej. Patrzę na moje dłonie, a one porastają szarym włosiem. Moje paznokcie są pazurami i wystają mi teraz na całą długość. Zsuwam się z rynny i spadam lekko na ziemię. Patrzę w kałużę i widzę swoje odbicie. Jestem królikiem. Idę w dół mojej ulicy. Tak się kończy ten sen.
-Masz dobre wyczucie rytmu i masz takt. Bardzo melodycznie opowiadasz. Poza tym budujesz i dajesz opaść napięciu, ale nie schodzi ono do końca. Jasna konstrukcja. Podoba mi się.
-Ty jak zwykle tylko formę oceniasz, a tu jest tyle treści! Wybacz, ale ja nasiąknęłam psychoanalizą na studiach i często myślę Freudem. Zresztą to był po prawdzie niesamowity naukowiec. Wpłynął szeroko na wiele dziedzin nauk humanistycznych i nie tylko. Porównaj choćby język: ludzie na całym świecie powtarzają na co dzień słowa, którym on nadał znaczenie. Typowy przykład: świadomość. Właśnie świadomie, czyli z całą pewnością do ciebie mówię. Zobacz jaką to słowo ma siłę. Nie ma się co dziwić, że istnieje w tylu różnych słownictwach świata. Wracając jednak do mojego snu: widzisz, ten sen można interpretować na przykład na poziomie emocjonalnym. Pomyśl, że mógłby odzwierciedlać moją osobowość. Jestem bardzo pracowita i pilna. Wiem czego mi trzeba na śniadanie, żeby mieć energię do działania. Lubię jednak sprawiać sobie przyjemność i robić przerwy, choćby na papierosa. Długo jednak nie usiedzę, albo wręcz zakończę przerwę zanim ją zaczęłam. Wtedy nic mi nie pozostaje jak tylko w marzeniach odpoczywać. Robię swoje, a jednak ciągle marzę. Marzę więc na jawie i we śnie. Żyję tymi marzeniami, które wykreowałam. Jest ich całe mnóstwo i co dzień nowe. Wszystkie sama spełniam, czasem kilka naraz. Czasem jednak zagapię się w tą bezkresną głębię moich snów i wtedy upadam. Nie ma w tym nic złego, ponieważ zawsze jest coś na tej drodze na dno, czego można się uchwycić. Nie zmienia to jednakże faktu, że to nie jest rozwiązanie długotrwałe. Dlatego też trzeba wtedy zobaczyć nowe marzenie i za nim iść.
-Wytrwałość jest ważna. Nie ma się co załamywać, tylko iść dalej. Niemniej dobrze jest trzymać się jednego kursu, ponieważ wtedy jest szansa na osiągnięcie czegoś większego.
-Co większego chcesz osiągnąć w życiu, niż przeżyć je godnie? Chcesz być wielki i dawać wszystkim nauki? Chcesz być sterownikiem i prądem?
-Dla mężczyzny to może być odzwierciedlenie albo metafora misji życiowej. Przynajmniej w moim pojęciu.
-W moim pojęciu wszyscy jesteśmy ludźmi. W kulturze, z której się wywodzę kobiety mają dużo siły. Czasem nawet więcej niż mężczyźni i wtedy to one są sterownikami. Czasem jednak są tylko piratami albo nimfami. To samo jest z mężczyznami.
-Nie zaprzeczam. Proponuję jednak zabrać się do pracy.
-To się zabierzmy – zgodziła się Mariola odsuwając kieliszek z winem na stronę.

***


Wieczór był bardzo ciepły, już prawie letni. Przez uchylone okna restauracji zawiewał ciepły wiatr. To powietrze smagało lekko ramiona Marka kiedy wyciągał z torby kalendarz.

-Mam taki plan, żeby przyłączyć się do wydarzeń związanych z obchodami stulecia od zakończenia pierwszej wojny światowej – zaczął.
-A co chcesz celebrować? Przerwę na papierosa? - odparła Mariola. - Można by zrobić taki performance. Myślę, że temat mocny. Ogłasza się koniec wojny na świecie, żeby się przygotować na kolejną. To tak jakby szło się wyrzucić śmieci i, nie znalazłszy kontenera, zostawiło worek na chodniku. Udawane posprzątanie. Zakończenie bez końca.
-Jeden motyw wystarczy. Poza tym nie bądź taka sarkastyczna. Możemy się skupić na temacie pokoju i wokół niego upleść koncepcję.
-Pokój jest dobry, tylko nie każdy potrafi o nim mówić szczerze. Nie każdemu wolno też mówić o nim głośno i publicznie. To znaczy, można, ale trzeba wiedzieć co się mówi i być gotowym na to, że cię wyśmieją.
-To niech nas wyśmieją. Komedia i ironia bardzo mi leżą.
-Mi leży budżet domowy. Kto za to zapłaci?
-Mam kontakty do ludzi, którzy poskładali pod koniec zeszłego roku wnioski na wszelkiego rodzaju środki z funduszy pod tytułem „Jubileusz zakończenia wojny”. Będą latem robić warsztaty z młodzieżą i potrzebują trenerów. Możemy zrobić z nimi warsztaty teatralne.
-Brzmi dobrze i pachnie dobrą kasą. Ilu będzie tych trenerów?
-Ty jako kierownictwo artystyczne, ja jako koordynator. Oboje mamy kwalifikacje do pracy edukacyjnej, więc powinniśmy dać radę we dwoje.
-Ilu uczestników?
-Po dziesięciu z obu stron, czyli polskiej i niemieckiej. Z organizacji partnerskiej będzie jedna trenerka. Ona na naszej części projektu będzie tylko monitorować. U nich będzie prowadzić warsztaty razem z kolegą, a jedno z nas monitoruje.
-Wychodzimy od motywu, ale rozwijamy temat na miejscu dopiero z uczestnikami.
-Tak zrobimy.

Słowa wypowiadane przez Mariolę i Marka same formułowały się na ekranie leżącego na stoliku I pada w koncepcję. Kolejne luki formularza wypełniały się i pierwszy akapit szczegółowego opisu działań był już gotowy. Mark dotknął na ekranie pole z napisem „korekta językowa”. Poprawił zdania i słowa, które zakłócały logikę teksu, po czym podał urządzenie Marioli.

-Musimy zdecydować się na jeden motyw – podsumowała.
-To będzie pokój. Tytuł projektu niech będzie nawet kiczowaty, ale przystępny. Na przykład: „Do you need peace?” Rozpoczniemy twoim performance z przerwą na papierosa: tu masz pole do popisu. Potem ja dojdę do ciebie i przedstawimy się oboje. Opowiemy o projekcie, przedstawimy plan działań i zaprosimy do udziału w pierwszym bloku. Zaczniemy od materiałów historycznych. Niech nad tym popracują i z użyciem kreatywnych metod przedstawią swoją wizję przeszłości od czasu pierwszej wojny. Drugi dzień to będzie dzisiejsze podejście do tematu pokoju. Możemy poruszyć temat Ukrainy, ty znasz ciekawych ekspertów. Kolejne dni, aż do zakończenia projektu sami będą pracować nad swoimi performance. Ty będziesz dbać o kształt działań artystycznych.
-Pasuje mi – odparła Mariola.
-Na ekranie urządzenia w jej dłoniach zapisał się ogólny opis działań. Dziewczyna przeczytała i skorygowała tekst, po czym wysłała go sobie na pocztę elektroniczną. To samo polecenie wydała do najbliższej drukarki. Spojrzała na Maka i uśmiechnęła się pełna satysfakcji.
-Dobrze mi się z tobą pracuje.
-Mi z tobą też. Pozwól, że zaproszę cię teraz na lunch – odpowiedział Mark, a jego oczy zabłysły nutą flirtu.
-Pozwolę – odparła biorąc do ręki menu.
-Zamówmy coś z dużą ilością mięsa. Jestem głodny jak wilk.
-Mariola zaśmiała się w duchu. Pomyślała o śnie, czy też halucynacji, którą miała tuż przed wyjazdem z domu. Wiedziała, że to tylko jej wyobrażenie świata. Chciałaby w nim czasem zostać, ale to co miała w rzeczywistości było dla niej ważniejsze.
-Jak wilk powiadasz. Nie wiedziałam, że tak dobrze mówisz po polsku.
-Chyba mnie zainspirowała znajomość z tobą. Ty mnie inspirujesz.
-Mariola zaczerwieniła się na komplement kolegi. Nie dowierzała mu jednak. W jej oczach zalśnił przyjacielski blask otuchy. Schlebił jej, ale nie zaimponował. Lożę, w której siedzieli przekroczyła znów kelnerka.
-Otrzymaliśmy państwa wydruk. Doliczę do rachunku jeden złoty. Czy mają państwo jeszcze życzenia co do potraw?
-Tak, chcielibyśmy zamówić numer 23 dwa razy – wyraził życzenie Mark.
-Co to będzie? - chciała wiedzieć Mariola.
-Daj się zaskoczyć. Ja też jeszcze nie wiem.
-A co ty wiesz Mark?
-Niewiele. Trochę się orientuję w zarządzaniu projektami i chętnie piszę.
-Wiesz coś na pewno?
-Wiem na pewno, że nie chcę przegapić nic w życiu. Chciałbym być zadowolony z tego co robię i nie stracić pasji. Wiem, że potrzebuję ludzi, a oni mnie.
-Myślisz, że istnieje coś takiego jak absolutna prawda, albo idealny przepis na życie?
-Myślę, że prawdą jest to co możemy w danym momencie odczuwać wszystkimi zmysłami i rozumiemy to bez objaśnień. Wiem, że takiej prawdy warto szukać.
-Błędne pytanie, błędna odpowiedź.
-Błądzenie jest rzeczą ludzką.
-Mogłabym pobłądzić jeszcze raz, gdyby mnie ktoś chciał zabrać w taką podróż bez celu i końca. Chciałabym zachłysnąć się znów wolnością i przeżyć coś naprawdę. Nie mieć wątpliwości, ani strachu. Mogłabym zabrać kogoś w taką podróż, gdyby on powiedział mi, że to wszystko czego w życiu potrzebuje. Gdybym ja mogła być wszystkim, czego mu trzeba, on byłby tym samym dla mnie.
-Bądź tym dla wszystkich ludzi. Jeśli masz wystarczająco siły i odwagi, żeby być tym dla jednego człowieka, a jest to uczucie szczere i prawdziwe, to wypowiedz to życzenie na głos całemu światu. Pomyśl, że mogłabyś dać to dobro więcej niż jednemu człowiekowi. Możesz je dać każdemu z osobna i wszystkim naraz.
-Myślisz, że jestem gotowa? Nie jestem wysoko wykształcona, nie mam doświadczenia w jednej rzeczy - nie jestem specjalistką, ani profesjonalistką. Umiem wszystko i nic nie umiem. Nic nie mam naprawdę. Wszystko należy do wszystkich. Ja nawet nie należę do siebie. Nikt nie należy do mnie.
-Myślę, że jesteś piękną dziewczyną. Chciałbym spędzić z tobą noc.
-I co potem?
-Nic. Znowu pustka i otwarta przestrzeń. Co dzień od nowa słońce na twarzy albo deszczem przemoknięte włosy. A jeśli będziemy znów chcieli się spotkać, to się spotkamy. Jeśli co innego cię poniesie i zapali to pójdziesz w to. Ja będę szedł swoją drogą.
-To chodźmy.


Zjedli górę mięsa z ryżem i warzywami. Potem wsiedli na rowery i pojechali do Marka. Kochali się bez pamięci i nadziei, po czym zasnęli jak dzieci. Obudzili się w tym samym momencie i postanowili się rozstać. Mariola poszła do domu. Umyła twarz i zęby, a potem zasiadła przed stelażem mając przed oczami czyste białe płótno. Namalowała na nim chmarę biedronek nad rozświetloną letnią łąką. Na pierwszym planie pianistka o złotych włosach grała z nut i śpiewała smutną piosenkę o miłości. Ciepłe światło słoneczne prześwietlało unoszące się w powietrzu pyłki kwiatów i drzew.

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen